14 maja 2011

PROZA MILCZENIA

Cśśśśśśś.


Proza milczenia to prawdopodobnie najcięższa z prozy. Proza oglądania, przyjmowania takiego, jakim jest, bezsilności, uległości. Milczenia.
Proza poczty głosowej i nocy bez piżamy, a w ubraniach poprzedniego dnia. Brudnych naczyń i kilku butelek coli przy łóżku, poplamionym od niej atłasie, plakatu Boba Marley'a przed twarzą. Proza niezmywanego makijażu, nieważne, niech sam zejdzie, wetrze się w poduszkę.
Proza pięćdziesięciu jeden punktów. Milczenie jest złotem, milczenie jest trudne.

Ten świat z bakadentów, z kuwety i obiadów gdzieś się odsunął. Nie ma bakadantów, jest Enya. Nie ma kuwety, bo nie ma zwierza. Nie ma obiadów, bo jest proza łóżka. Ale nie zniknął ten sercowy, ten we mnie, ten opleciony ostatnio celtykiem. I to tylko przez jedną ściągniętą płytę. A krzyczą wszyscy, gdzie twoje życie, gdzie ty, dziecko, co się z tobą dzieje, dlaczego, dziecko, drugiego kota. Muffinki? Dziecko! Prince polo? Mamo, powiedziałam ci coś ważnego. To kup podpaski! Mamo, ja krzyczę! Prince polo?
Już mówiłam gdzie jest moje życie, dlaczego nie słuchacie? Przecież we mnie. O, tutaj, w tych brudnych naczyniach, wczorajszych ubraniach, makijażu na poduszce. W jamajskim, gorejącym, milczącym sercu. Trochę pokłutym, ale wciąż gorącym. Wciąż żyjącym.
Co by było, gdyby?
Nieważne, bo przecież nie ma. Prawdopodobnie nie będzie. Jest proza milczenia. Trzeba przez nią przejść. A co będzie później? Proza powrotu? Marzę o niej.
Ta jest chłodna. Gdy jej dotykam, mrozi mnie od stóp do głów. Zdaje się zapomnieć o wszystkim. Ta proza jest inna niż wszystkie.
Obserwuję, patrzę, chłonę, myślę, tęsknię. Widzę w tym siebie, dawną siebie, tą siebie, przy której zatrzymałam się umysłem, pełna nadziei, że powróci. On twierdził, że tak. Ale nie mógł wiedzieć, nie znał obrotu spraw. Swojego czasu myślałam, że wie wszystko. Gdy obudziłam się, nie rozumiałam. Minęły godziny i pojęłam. Czarny dym, będący tak naprawdę siwym, ale nazwany białym. Dym tytoniowy, który wywołał na moich ustach uśmiech, w jego oczach nadzieję, na twarzy drugiego jego przerażenie. To, którego najdłużej nie rozumiałam - ale pojęłam. Przekazał dym, więc drugi on wiedział, co się stanie. Wiedział, dlaczego. Bał się, bo kochał go. I tylko ten strach okazał się realny, bo dym zmienił swój kierunek. Do czwartego jego, bo trzeci przecież ma zawsze.
Brakuje mi mojego dymu. Był jedynym, co miałam. Kim jestem teraz? Już nie drugą ją. To powoduje ubytki w wielkiej kupie mięcha.


Ta proza sprawia, że nie potrafię nawet pisać, tak wielką jest Milczenia.

Don't you cry tonight, I still love you, baby.